Gdy byłam na studiach i z okazji świąt, ferii, wakacji, czy innych uroczystości wracałam do domu, był to dla mnie najgorszy etap całego zamieszania związanego z wyjazdem.
Podróż z Warszawy na moje rodzinne Pomorze trwała 5 godzin, a ja masakrycznie nudziłam się w pociągu. Niby można poczytać książkę, gazetę, odrobić zaległości snu, ale mi zawsze brakowało rozmowy z pasażerami.
Każdy z nosem w książce, telefonie, gazecie. Cisza. Stukot kół o szyny. Nuda.
Jedyną okazją do porozmawiania są afery biletowe i wymiana zdań z konduktorem. Jak się pani w okienku pomyli i wystawi dwa bilety na jedno miejsce, to bywa wesoło. Ludzie się oburzają (no i słusznie, bo niby jak się dzielić jednym siedzeniem?), no i wywiązują się ciekawe dyskusje.
Pamiętam jedną tylko podróż do domu na święta, bodajże na trzecim roku studiów. Do mojego przedziału wsiadła para z psem. No i sytuacja jak z "Dnia świra" - wiedziałam, że ten pies będzie siedział obok mnie... Na szczęście był grzeczny. A jak próbował obwąchać moją kanapkę, jego pan go upomniał. Pan był jakimś artystą. W pewnym momencie zwrócił się do mnie i do jadących studentów bodajże prawa, albo jakiejś nudnej ekonomii:
- Ej, ciągle tylko siedzicie z nosami w książkach. Spójrzcie jak pięknie wygląda świat przyprószony śniegiem.
Tylko na to czekałam. Zapytałam, czy jest artystą, bo to trochę dziwne, że mężczyzna zwraca na coś takiego uwagę. No i się okazało, że jest jakimś malarzem, grafikiem. Przegadaliśmy następną część drogi. Trochę o sztuce, trochę o muzyce, trochę o perspektywach dla młodzieży studiującej różne kierunki. Chłopaki z prawa i ekonomii nie byli zbyt rozmowni, chociaż słuchali z ciekawością i uśmiechali się pod nosem.
Te 200 przegadanych kilometrów wspominam jako najmilszą podróż z Warszawy na Pomorze. Nigdy później już mi się niestety to nie przedłużyło. Szkoda.
15 kwietnia 2014
8 kwietnia 2014
Superekstrasycąca szybka zapiekanka na obiad
Bardzo często, kiedy nie mam czasu, robię coś, co da się jeść przez kilka dni. Najczęściej jest to danie jednogarnkowe, ale ostatnio postanowiłam spróbować z zapiekanką.
Zapiekanka z kurczakiem na marchewkowym ryżu, z brokułami i serem
Zapiekanka z kurczakiem na marchewkowym ryżu, z brokułami i serem
Czego potrzebujesz?
- pierś z kurczaka
- brokuł
- 3 marchewki
- 3 marchewki
- 2 ząbki czosnku (uwaga dla miłośników czosnku: spokojnie daj nawet 4 ząbki)
- 200
g ryżu
- 1 cebula
- 1 łyżka sos sojowego
- 100 g żółtego sera
- oliwa z oliwek
- świeży rozmaryn - z braku świeżego dodałam suszony
- świeży tymianek - tego też zabrakło w doniczce (no dobra, przyznam się Wam, że nie mam ogródka ziołowego w kuchni, jak się dorobię własnej kuchni, to o tym pomyślę), więc dałam suszony
- 1 łyżeczka kurkumy
- 50 ml wody
- sól
- pieprz
Jak to przygotować?
1. Ryż ugotuj wg instrukcji na opakowaniu.
2. Kurczaka
pokrój w cienkie paseczki lub w kostkę, oprósz solą, pieprzem i posiekanymi
ziołami. Smaż na patelni około 5-7 minut.
3. Brokuły podziel na małe
różyczki i wrzuć do wrzątku, gotuj około 7 minut. Następnie odcedź.
4. Marchewkę zetrzyj na tarce o
grubych oczkach. To najmniej przyjemna część przygotowywania potrawy.
5. Cebulę i czosnek drobno pokrój, przysmaż na odrobinie oliwy,
po chwili dodaj marchewkę i wodę. Przypraw kurkumą. Duś około 10 minut.
6. Gotową marchewkę
wymieszaj z ryżem, dopraw sosem sojowym. Ułóż na dnie naczynia żaroodpornego. Następnie ułóż warstwę z kurczaka a na końcu
dodaj brokuły i całość posyp serem.
7. Wstaw do piekarnika o temperaturze 190
stopni na 10 minut.
8. Jedz tak, by się uszy trzęsły! W niektórych gwarach mówi się: szamaj!
Danie świetnie nadaje się do zabrania do pracy i odgrzania w mikrofali. Mi ta brytfanka starczyła na 3 sycące obiady. Robisz raz - jesz trzy dni. Lepsze takie danie niż miejski fastfut. No i ta satysfakcja, mmmm...
Smacznego!
Ps. Pomysł na danie pochodzi z książki kucharskiej Ani Starmach. Wykonanie i foty moje.
Polecam też inne dania: pasta z krewetkami, pasta ze szpinakiem, fetą i suszonymi pomidorami i naleśniki czekoladowe.
Polecam też inne dania: pasta z krewetkami, pasta ze szpinakiem, fetą i suszonymi pomidorami i naleśniki czekoladowe.
2 kwietnia 2014
Tussio ergo sum... :(
Kaszlę więc jestem...
Jakaś masakra! Nigdy w życiu nie miałam takiego kaszlu. W zeszłym tygodniu podczas ekstremalnego wykonania "Requiem" W.A. Mozarta niestety zdarłam gardło. Od tamtego czasu nie mogę śpiewać. Nawet sposób mamy - czyli spirytus - zawiódł.
Sytuacja jest dramatyczna, bo w najbliższą sobotę i niedzielę mam kolejne koncerty, w przyszłym tygodniu też mi się jeden szykuje. Potrzebuję głosu, a go nie mam.
Dramat! Katastrofa! Nieszczęście!
PS. Spokojnie, muszę sobie trochę podramatyzować. Mam nadzieję, że jednak głos mi wróci do soboty.
Jakaś masakra! Nigdy w życiu nie miałam takiego kaszlu. W zeszłym tygodniu podczas ekstremalnego wykonania "Requiem" W.A. Mozarta niestety zdarłam gardło. Od tamtego czasu nie mogę śpiewać. Nawet sposób mamy - czyli spirytus - zawiódł.
Sytuacja jest dramatyczna, bo w najbliższą sobotę i niedzielę mam kolejne koncerty, w przyszłym tygodniu też mi się jeden szykuje. Potrzebuję głosu, a go nie mam.
Dramat! Katastrofa! Nieszczęście!
PS. Spokojnie, muszę sobie trochę podramatyzować. Mam nadzieję, że jednak głos mi wróci do soboty.
22 marca 2014
"Nie przeszkadza tytuł, wiek i płeć, by zieloną wiosnę w głowie mieć."
Goście, goście i po gościach :)
Do stolicy zawitała moja przyjaciółka Agnieszka. Znamy się już prawie 30 lat :) przesiedziałyśmy 12 lat w jednej ławce (albo w okolicach), łączy nas kawał dobrej historii.
Miniony tydzień spokojnie można nazwać Tygodniem Klabingu i Spontanicznych Wypadów w Miejsca, w Które Byśmy Normalnie Nie Poszły z Powodu Braku Czasu.
No więc oprócz zaliczenia kilku nowych restauracyjek byłyśmy też w kinie i na gali nagród "Srebrne Usta" w Studiu im. Agnieszki Osieckiej.
Fajnie czasem zrobić sobie melanżowy tydzień :)
No a dziś?
Moi Drodzy! WIOSNA!
Dziś siedzieć w domu to grzech. Chociaż obecnie w Warszawie jest trochę chmur i zrobiło się szaro, to mimo wszystko jest to pogoda jak najbardziej spacerowa. Można porzucić ciężkie zimowe płaszcze i ciepłe kozaki. Uwielbiam to uczucie, kiedy wychodzę na zewnątrz i jest tak przyjemnie lekko, powietrze pachnie świeżością, ciepły wiaterek muska twarz a słonko mocniej przygrzewa :)
Korzystajcie z weekendu - spacer, rower jak najbardziej wskazane.
Skaldowie dla Was z dedykacją udanego wiosennego weekendu!
Do stolicy zawitała moja przyjaciółka Agnieszka. Znamy się już prawie 30 lat :) przesiedziałyśmy 12 lat w jednej ławce (albo w okolicach), łączy nas kawał dobrej historii.
Miniony tydzień spokojnie można nazwać Tygodniem Klabingu i Spontanicznych Wypadów w Miejsca, w Które Byśmy Normalnie Nie Poszły z Powodu Braku Czasu.
No więc oprócz zaliczenia kilku nowych restauracyjek byłyśmy też w kinie i na gali nagród "Srebrne Usta" w Studiu im. Agnieszki Osieckiej.
Fajnie czasem zrobić sobie melanżowy tydzień :)
No a dziś?
Moi Drodzy! WIOSNA!
Dziś siedzieć w domu to grzech. Chociaż obecnie w Warszawie jest trochę chmur i zrobiło się szaro, to mimo wszystko jest to pogoda jak najbardziej spacerowa. Można porzucić ciężkie zimowe płaszcze i ciepłe kozaki. Uwielbiam to uczucie, kiedy wychodzę na zewnątrz i jest tak przyjemnie lekko, powietrze pachnie świeżością, ciepły wiaterek muska twarz a słonko mocniej przygrzewa :)
Korzystajcie z weekendu - spacer, rower jak najbardziej wskazane.
Skaldowie dla Was z dedykacją udanego wiosennego weekendu!
20 marca 2014
Międzynarodowy Dzień Szczęścia
Tak, to dzisiaj. 20 marca Zgromadzenie Ogólne ONZ ustanowiło Międzynarodowym Dniem Szczęścia.
Dążenie do szczęścia leży u podłoża wszelkich ludzkich starań. Ludzie na całym świecie pragną prowadzić szczęśliwe i spełnione życie w harmonii z naturą, życie wolne od strachu i niedostatku.
Dążenie do szczęścia jest tak naturalne jak oddychanie.
Dla każdego szczęście jest czym innym. Jedni będą je upatrywać w dobrze płatnej pracy i dostatnim życiu, inni będą się cieszyć, że mogą pracować robiąc to co lubią (niekoniecznie się na tym wzbogacając). Dla jednych szczęściem będzie życie u boku osoby, którą kocha, a dla innych - będzie to życie w pojedynkę.
Jedni będą się cieszyć z domku na wsi, na obrzeżach lasu, inni z życia w wielkomiejskim hałasie i tłumie.
Najważniejsze jednak jest, by starać się nie przeszkadzać i nie krzywdzić swoim szczęściem drugiego człowieka.
A czym dla mnie jest szczęście?
1. Gdy mogę sobie pospać długo i nie mam żadnych zobowiązań, by wstawać wcześnie rano w wolny dzień. A szczególnie lubię, gdy przez rozszczelnione okno do pokoju wpada rześkie poranne powietrze, najlepiej o zapachu świeżo skoszonej trawy.
2. Lubię chwile z poranną kawą z mlekiem (albo jak mawiają moi znajomi definiując ciecz, którą piję - mleko kawowe) ze słońcem, które miło nagrzewa kuchnię.
3. Jestem szczęśliwa, gdy śpiewam. Gdy wczuwam się w utwór, który wykonuję i czuję jedność z muzyką, tekstem i zamysłem kompozytora. A najlepiej gdy dyryguje tym dyrygent, który potrafi wysysać emocjonalne soki z zespołu i lubię czuć między nami (zespołem) a nim przelewającą się energię, która powoduje, że rzeczywiście obie strony czują się szczęśliwe.
Jest kilka takich koncertów w moim życiu, którym towarzyszyły takie emocje. A utwory, które na nich śpiewałam darzę szczególnym sentymentem.
4. Jestem szczęśliwa, gdy ktoś mnie pochwali za pracę, której poświęciłam dużo czasu i wysiłku. Lubię widzieć swoje nazwisko na stronie redakcyjnej książek, nad którymi mam okazję pracować.
5. Jestem szczęśliwa, gdy ktoś mnie zaskoczy i wyśle mi smsa z tekstem, że jestem dla tego kogoś ważną osobą. To rozczulające i bardzo miłe.
6. Czekolada na gorąco z bitą śmietaną w zimie :) Mniam :) Lubię :)
7. Lot samolotem. Na każdą podróż samolotem cieszę się jak dziecko. Uwielbiam latać. Uwielbiam start, turbulencje i lądowanie. Uwielbiam widok bezkresnego błękitnego nieba, chmur wyglądających raz jak futro owieczki, albo lody, albo bita śmietana, albo kalafior z okienka samolotu.
8. Jestem szczęśliwa, gdy jestem kochana i mam tego świadomość. (w tym momencie trochę mi tego brakuje w życiu, ale wierzę, że mój Luby już do mnie jedzie)
9. Uwielbiam posiedzieć sobie w spokoju na łonie natury i pogapić się na przyrodę tak kompletnie bez celu: popatrzeć na fale i posłuchać szumu morza, popatrzeć na góry, siedząc na polanie i zajadając kanapkę, posiedzieć na mostku nad jeziorem w mojej rodzinnej miejscowości i pogapić się na kaczki i łabędzie. Lubię to :)
10. Lubię spotkać się z przyjaciółmi i wygłupiać się z nimi jak za dawnych lat.
11. Lubię ten moment, kiedy przyjeżdżam do mamy i czeka na mnie gotowy obiad :)
12. Szczęście to też święta spędzane w towarzystwie ludzi, których się kocha i jest się przez nich kochanym.
13. Jestem szczęśliwa także, gdy czytam Wasze komentarze - tym bardziej, że jest ich niewiele, więc każdy komentarz to także powód do szczęścia.
To małe chwilki, które są ważne w życiu.
Szczęśliwym można być każdego dnia. Wystarczy zauważać małe rzeczy i cieszyć się z tego że są, doceniać je i być za nie wdzięcznym. Życzę Wam tego bardzo mocno!
A czym dla Was jest szczęście? Zachęcam do komentowania i dzielenia się swoim szczęściem :)
Dążenie do szczęścia leży u podłoża wszelkich ludzkich starań. Ludzie na całym świecie pragną prowadzić szczęśliwe i spełnione życie w harmonii z naturą, życie wolne od strachu i niedostatku.
Dążenie do szczęścia jest tak naturalne jak oddychanie.
Dla każdego szczęście jest czym innym. Jedni będą je upatrywać w dobrze płatnej pracy i dostatnim życiu, inni będą się cieszyć, że mogą pracować robiąc to co lubią (niekoniecznie się na tym wzbogacając). Dla jednych szczęściem będzie życie u boku osoby, którą kocha, a dla innych - będzie to życie w pojedynkę.
Jedni będą się cieszyć z domku na wsi, na obrzeżach lasu, inni z życia w wielkomiejskim hałasie i tłumie.
Najważniejsze jednak jest, by starać się nie przeszkadzać i nie krzywdzić swoim szczęściem drugiego człowieka.
A czym dla mnie jest szczęście?
1. Gdy mogę sobie pospać długo i nie mam żadnych zobowiązań, by wstawać wcześnie rano w wolny dzień. A szczególnie lubię, gdy przez rozszczelnione okno do pokoju wpada rześkie poranne powietrze, najlepiej o zapachu świeżo skoszonej trawy.
2. Lubię chwile z poranną kawą z mlekiem (albo jak mawiają moi znajomi definiując ciecz, którą piję - mleko kawowe) ze słońcem, które miło nagrzewa kuchnię.
3. Jestem szczęśliwa, gdy śpiewam. Gdy wczuwam się w utwór, który wykonuję i czuję jedność z muzyką, tekstem i zamysłem kompozytora. A najlepiej gdy dyryguje tym dyrygent, który potrafi wysysać emocjonalne soki z zespołu i lubię czuć między nami (zespołem) a nim przelewającą się energię, która powoduje, że rzeczywiście obie strony czują się szczęśliwe.
Jest kilka takich koncertów w moim życiu, którym towarzyszyły takie emocje. A utwory, które na nich śpiewałam darzę szczególnym sentymentem.
4. Jestem szczęśliwa, gdy ktoś mnie pochwali za pracę, której poświęciłam dużo czasu i wysiłku. Lubię widzieć swoje nazwisko na stronie redakcyjnej książek, nad którymi mam okazję pracować.
5. Jestem szczęśliwa, gdy ktoś mnie zaskoczy i wyśle mi smsa z tekstem, że jestem dla tego kogoś ważną osobą. To rozczulające i bardzo miłe.
6. Czekolada na gorąco z bitą śmietaną w zimie :) Mniam :) Lubię :)
7. Lot samolotem. Na każdą podróż samolotem cieszę się jak dziecko. Uwielbiam latać. Uwielbiam start, turbulencje i lądowanie. Uwielbiam widok bezkresnego błękitnego nieba, chmur wyglądających raz jak futro owieczki, albo lody, albo bita śmietana, albo kalafior z okienka samolotu.
8. Jestem szczęśliwa, gdy jestem kochana i mam tego świadomość. (w tym momencie trochę mi tego brakuje w życiu, ale wierzę, że mój Luby już do mnie jedzie)
9. Uwielbiam posiedzieć sobie w spokoju na łonie natury i pogapić się na przyrodę tak kompletnie bez celu: popatrzeć na fale i posłuchać szumu morza, popatrzeć na góry, siedząc na polanie i zajadając kanapkę, posiedzieć na mostku nad jeziorem w mojej rodzinnej miejscowości i pogapić się na kaczki i łabędzie. Lubię to :)
10. Lubię spotkać się z przyjaciółmi i wygłupiać się z nimi jak za dawnych lat.
11. Lubię ten moment, kiedy przyjeżdżam do mamy i czeka na mnie gotowy obiad :)
12. Szczęście to też święta spędzane w towarzystwie ludzi, których się kocha i jest się przez nich kochanym.
13. Jestem szczęśliwa także, gdy czytam Wasze komentarze - tym bardziej, że jest ich niewiele, więc każdy komentarz to także powód do szczęścia.
To małe chwilki, które są ważne w życiu.
Szczęśliwym można być każdego dnia. Wystarczy zauważać małe rzeczy i cieszyć się z tego że są, doceniać je i być za nie wdzięcznym. Życzę Wam tego bardzo mocno!
A czym dla Was jest szczęście? Zachęcam do komentowania i dzielenia się swoim szczęściem :)
13 marca 2014
Sałatkowo: sałata z camembertem i żurawiną
I zaczynamy - oto pierwszy przepis na sałatę, którą można zabrać do pracy i zajadać w czasie obiadu.
Co jest potrzebne? (proporcje na 1 porcję, akurat do pracy)
- mix sałat z rukolą albo roszponką (może być ten z Biedronki; równie dobrze sprawdza się sama rukola i sama roszponka, generalnie - użyj takiej sałaty jaką lubisz)
- ser camembert (można użyć też gorgonzoli jeśli ktoś lubi, mi jakoś nie podchodzi)
- garść suszonej żurawiny (tak naprawdę to dajemy jej na oko)
- garść pestek słonecznika
Sos miodowy:
- 3 łyżki miodu
- 1 łyżka soku z cytryny
- odrobina posiekanej mięty (opcjonalnie)
Jak zrobić?
1. Sałaty (umyte) wsypać do miski. Ser pokroić na trójkąty i dodać do sałaty.
2. Polać sosem miodowym.
3. Posypać żurawiną i pestkami słonecznika.
4. Zajadać.
SMACZNEGO!
Ps. I dajcie znać, czy smakowało :)
Co jest potrzebne? (proporcje na 1 porcję, akurat do pracy)
- mix sałat z rukolą albo roszponką (może być ten z Biedronki; równie dobrze sprawdza się sama rukola i sama roszponka, generalnie - użyj takiej sałaty jaką lubisz)
- ser camembert (można użyć też gorgonzoli jeśli ktoś lubi, mi jakoś nie podchodzi)
- garść suszonej żurawiny (tak naprawdę to dajemy jej na oko)
- garść pestek słonecznika
Sos miodowy:
- 3 łyżki miodu
- 1 łyżka soku z cytryny
- odrobina posiekanej mięty (opcjonalnie)
Jak zrobić?
1. Sałaty (umyte) wsypać do miski. Ser pokroić na trójkąty i dodać do sałaty.
2. Polać sosem miodowym.
3. Posypać żurawiną i pestkami słonecznika.
4. Zajadać.
SMACZNEGO!
Ps. I dajcie znać, czy smakowało :)
12 marca 2014
Powitać wiosnę w Krakowie
O minionym weekendzie można śmiało powiedzieć: WIOSENNY.
Temperatura ok. 13 st na plusie (i to 9 marca!!!), piękne słońce, leciutki wietrzyk z taką wiosenną wonią, która miło pieści nozdrza ;)
No i do tego wszystkiego jeszcze cudowne miejsce: Kraków.
Tak się złożyło, że los (a raczej mój zakład pracy) rzucił mnie (a raczej wysłał) do Krakowa. Pojechałam się szkolić w zakresie prawa autorskiego. Szkolenie było i minęło. Sama nie wiem, czy jestem dzięki niemu mądrzejsza, czy mam jeszcze większy mętlik w głowie... no ale nie o tym ten post.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie wykorzystać okazji i nie pojechać do Krakowa już w niedzielę, tak by mieć jeden cały dzień na spacer po Starym Mieście. Tym bardziej, że nigdy w Krakowie nie udało mi się być inaczej niż tranzytem.
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wczesnym rankiem w niedzielę rozpoczęła się moja krakowska eskapada.
Muszę przyznać, że jestem zachwycona.
Miasto zupełnie inne niż Warszawa. Ludzie się tak nie spieszą, są bardziej wyluzowani. Rynek i Stare Miasto tętnią życiem, są faktycznym centrum wszystkiego: wycieczek, rozrywek, kościołów, sklepów z pamiątkami i restauracyjek i barów różnego rodzaju.
Na początku trudno się przestawić, by zwolnić krok. Przyzwyczajona tym, że w Warszawie ciągle gdzieś się spieszę, gdzieś biegnę, czasem do pokonania są duże odległości, musiałam się przestawić na duży slowdown.
Do tego przed wyjazdem miałam tyle rzeczy do ogarnięcia, że nie było kiedy ułożyć sobie konkretnego planu dnia (niestety tylko jednego, bo poniedziałek i wtorek zdominowało szkolenie).
Czasem najlepszym planem jest brak planu. :)
No więc poszłam tam, gdzie mnie nogi same poniosły. Cudowny ponad pięciogodzinny spacer. Obiad na Kazimierzu, menu - słynne wypasione mega olbrzymie zapiekanki. I to tylko za 8 zł!!!!!!! Po drodze pielgrzymka do wszystkich kościołów, zaliczony Wawel (na tyle na ile się dało), zaliczone sklepy z pamiątkami :) Jak to wspaniale jest móc usiąść na Rynku i... nic nie musieć. Nie spieszyć się. Nie mieć zobowiązań. Siedzieć i patrzeć na wycieczki obcokrajowców, które podniecają się kiedy hejnalista do nich macha z okienka wieży Kościoła Mariackiego. Patrzeć na dzieciaki uganiające się za wszechobecnymi gołębiami (szczerze nie lubię tych ptaków, a te w Krakowie, to już kompletnie niczego się nie boją). Patrzeć na ludzi z mapami i przewodnikami w ręku i wymyślać sobie, co za chwilę będą zwiedzać.
To była cudowna niedziela bez problemów, trosk, zmartwień. I chciałoby się więcej takich dni, ale cóż...
Temperatura ok. 13 st na plusie (i to 9 marca!!!), piękne słońce, leciutki wietrzyk z taką wiosenną wonią, która miło pieści nozdrza ;)
No i do tego wszystkiego jeszcze cudowne miejsce: Kraków.
Tak się złożyło, że los (a raczej mój zakład pracy) rzucił mnie (a raczej wysłał) do Krakowa. Pojechałam się szkolić w zakresie prawa autorskiego. Szkolenie było i minęło. Sama nie wiem, czy jestem dzięki niemu mądrzejsza, czy mam jeszcze większy mętlik w głowie... no ale nie o tym ten post.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie wykorzystać okazji i nie pojechać do Krakowa już w niedzielę, tak by mieć jeden cały dzień na spacer po Starym Mieście. Tym bardziej, że nigdy w Krakowie nie udało mi się być inaczej niż tranzytem.
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wczesnym rankiem w niedzielę rozpoczęła się moja krakowska eskapada.
Muszę przyznać, że jestem zachwycona.
Miasto zupełnie inne niż Warszawa. Ludzie się tak nie spieszą, są bardziej wyluzowani. Rynek i Stare Miasto tętnią życiem, są faktycznym centrum wszystkiego: wycieczek, rozrywek, kościołów, sklepów z pamiątkami i restauracyjek i barów różnego rodzaju.
Na początku trudno się przestawić, by zwolnić krok. Przyzwyczajona tym, że w Warszawie ciągle gdzieś się spieszę, gdzieś biegnę, czasem do pokonania są duże odległości, musiałam się przestawić na duży slowdown.
Do tego przed wyjazdem miałam tyle rzeczy do ogarnięcia, że nie było kiedy ułożyć sobie konkretnego planu dnia (niestety tylko jednego, bo poniedziałek i wtorek zdominowało szkolenie).
Czasem najlepszym planem jest brak planu. :)
No więc poszłam tam, gdzie mnie nogi same poniosły. Cudowny ponad pięciogodzinny spacer. Obiad na Kazimierzu, menu - słynne wypasione mega olbrzymie zapiekanki. I to tylko za 8 zł!!!!!!! Po drodze pielgrzymka do wszystkich kościołów, zaliczony Wawel (na tyle na ile się dało), zaliczone sklepy z pamiątkami :) Jak to wspaniale jest móc usiąść na Rynku i... nic nie musieć. Nie spieszyć się. Nie mieć zobowiązań. Siedzieć i patrzeć na wycieczki obcokrajowców, które podniecają się kiedy hejnalista do nich macha z okienka wieży Kościoła Mariackiego. Patrzeć na dzieciaki uganiające się za wszechobecnymi gołębiami (szczerze nie lubię tych ptaków, a te w Krakowie, to już kompletnie niczego się nie boją). Patrzeć na ludzi z mapami i przewodnikami w ręku i wymyślać sobie, co za chwilę będą zwiedzać.
To była cudowna niedziela bez problemów, trosk, zmartwień. I chciałoby się więcej takich dni, ale cóż...
Subskrybuj:
Posty (Atom)










