O minionym weekendzie można śmiało powiedzieć: WIOSENNY.
Temperatura ok. 13 st na plusie (i to 9 marca!!!), piękne słońce, leciutki wietrzyk z taką wiosenną wonią, która miło pieści nozdrza ;)
No i do tego wszystkiego jeszcze cudowne miejsce: Kraków.
Tak się złożyło, że los (a raczej mój zakład pracy) rzucił mnie (a raczej wysłał) do Krakowa. Pojechałam się szkolić w zakresie prawa autorskiego. Szkolenie było i minęło. Sama nie wiem, czy jestem dzięki niemu mądrzejsza, czy mam jeszcze większy mętlik w głowie... no ale nie o tym ten post.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie wykorzystać okazji i nie pojechać do Krakowa już w niedzielę, tak by mieć jeden cały dzień na spacer po Starym Mieście. Tym bardziej, że nigdy w Krakowie nie udało mi się być inaczej niż tranzytem.
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wczesnym rankiem w niedzielę rozpoczęła się moja krakowska eskapada.
Muszę przyznać, że jestem zachwycona.
Miasto zupełnie inne niż Warszawa. Ludzie się tak nie spieszą, są bardziej wyluzowani. Rynek i Stare Miasto tętnią życiem, są faktycznym centrum wszystkiego: wycieczek, rozrywek, kościołów, sklepów z pamiątkami i restauracyjek i barów różnego rodzaju.
Na początku trudno się przestawić, by zwolnić krok. Przyzwyczajona tym, że w Warszawie ciągle gdzieś się spieszę, gdzieś biegnę, czasem do pokonania są duże odległości, musiałam się przestawić na duży slowdown.
Do tego przed wyjazdem miałam tyle rzeczy do ogarnięcia, że nie było kiedy ułożyć sobie konkretnego planu dnia (niestety tylko jednego, bo poniedziałek i wtorek zdominowało szkolenie).
Czasem najlepszym planem jest brak planu. :)
No więc poszłam tam, gdzie mnie nogi same poniosły. Cudowny ponad pięciogodzinny spacer. Obiad na Kazimierzu, menu - słynne wypasione mega olbrzymie zapiekanki. I to tylko za 8 zł!!!!!!! Po drodze pielgrzymka do wszystkich kościołów, zaliczony Wawel (na tyle na ile się dało), zaliczone sklepy z pamiątkami :) Jak to wspaniale jest móc usiąść na Rynku i... nic nie musieć. Nie spieszyć się. Nie mieć zobowiązań. Siedzieć i patrzeć na wycieczki obcokrajowców, które podniecają się kiedy hejnalista do nich macha z okienka wieży Kościoła Mariackiego. Patrzeć na dzieciaki uganiające się za wszechobecnymi gołębiami (szczerze nie lubię tych ptaków, a te w Krakowie, to już kompletnie niczego się nie boją). Patrzeć na ludzi z mapami i przewodnikami w ręku i wymyślać sobie, co za chwilę będą zwiedzać.
To była cudowna niedziela bez problemów, trosk, zmartwień. I chciałoby się więcej takich dni, ale cóż...
12 marca 2014
8 marca 2014
Spaghetti z czosnkowymi krewetkami i pietruszką w sosie winno-maślanym
Niektórzy nie są przekonani do krewetek i zarzekają się, że za nic w świecie nie tkną tych robali. Gdybym napisała, że też tak miałam, skłamałabym. Bardzo lubię próbować nowych dań, smakować, degustować. Jednak z próbowaniem krewetek zwlekałam długo. Pamiętam pierwsze zetknięcie z owocami morza. Było to baaaardzo dawno temu. Jadłam pizzę z paluszkami krabowymi (w których jak wiadomo nie ma krabów), krewetkami i mackami ośmiornicy. Nie powaliła mnie swoim smakiem, bo całość przeszła tym specyficznym zapachem, a macki były nie do przeżucia.
Temat krewetek pojawił się, gdy Aga zachwycała się ich smakiem i wciąż opowiadała mi o nich w pracy. Postanowiłam spróbować, a prezentacja próby poniżej.
Co potrzebne? (załóżmy, że to na dwie porcje)
- opakowanie (500g) makaronu razowego spaghetti; razowy, bo zdrowy i fajnie wygląda
- opakowanie mrożonych krewetek z lidla (tych małych)
- białe wino, polecam Liebfrau Milch, białe wino reńskie, czyli popularnie nazywane wino z maryjką
- główka czosnku
- pęczek pietruszki
- 3 łyżki masła
Jak zrobić?
1. Ugotować makaron al dente.
2. Wcześniej rozmrozić krewetki i odcisnąć z wody (ja zawsze robię to za pomocą papierowego ręcznika).
3. Obrać pół główki czosnku, posiekać go drobno. Tak naprawdę to czosnek jest najlepszym kochankiem krewetek. Jeśli ktoś lubi czosnek, niech nie waha się go użyć.
4. Na patelni roztapiamy masło i wrzucamy na nie posiekany czosnek. Smażymy ok. 3 min.
UWAGA! Czosnek nie może się przypalić, bo wtedy będzie gorzki.
5. Do podsmażonego czosnku dodajemy krewetki. Smażymy to wszystko razem ok. 5-7 minut, często mieszając.
6. Do czosnkowych krewetek dodajemy około 200 ml białego wina i redukujemy je. Powinno to zająć ok. 10 minut.
7. Posiekaną pietruszkę wrzucamy na naszą patelnię z krewetkami i mieszamy, by się wszystko pięknie połączyło.
8. Następnie łączymy nasz ugotowany makaron z krewetkami i sosem winno-maślanym. Jeszcze tylko kieliszek białego wina i możemy wcinać.
A ta pyszna pasta wygląda o tak:
Smacznego :)
Temat krewetek pojawił się, gdy Aga zachwycała się ich smakiem i wciąż opowiadała mi o nich w pracy. Postanowiłam spróbować, a prezentacja próby poniżej.
Co potrzebne? (załóżmy, że to na dwie porcje)
- opakowanie (500g) makaronu razowego spaghetti; razowy, bo zdrowy i fajnie wygląda
- opakowanie mrożonych krewetek z lidla (tych małych)
- białe wino, polecam Liebfrau Milch, białe wino reńskie, czyli popularnie nazywane wino z maryjką
- główka czosnku
- pęczek pietruszki
- 3 łyżki masła
Jak zrobić?
1. Ugotować makaron al dente.
2. Wcześniej rozmrozić krewetki i odcisnąć z wody (ja zawsze robię to za pomocą papierowego ręcznika).
3. Obrać pół główki czosnku, posiekać go drobno. Tak naprawdę to czosnek jest najlepszym kochankiem krewetek. Jeśli ktoś lubi czosnek, niech nie waha się go użyć.
4. Na patelni roztapiamy masło i wrzucamy na nie posiekany czosnek. Smażymy ok. 3 min.
UWAGA! Czosnek nie może się przypalić, bo wtedy będzie gorzki.
5. Do podsmażonego czosnku dodajemy krewetki. Smażymy to wszystko razem ok. 5-7 minut, często mieszając.
6. Do czosnkowych krewetek dodajemy około 200 ml białego wina i redukujemy je. Powinno to zająć ok. 10 minut.
7. Posiekaną pietruszkę wrzucamy na naszą patelnię z krewetkami i mieszamy, by się wszystko pięknie połączyło.
8. Następnie łączymy nasz ugotowany makaron z krewetkami i sosem winno-maślanym. Jeszcze tylko kieliszek białego wina i możemy wcinać.
A ta pyszna pasta wygląda o tak:
Smacznego :)
6 marca 2014
Sałatkowo: preludium
Już w najbliższym czasie na blogu pojawi się pierwszy w historii bloga cykl postów.
Będzie dotyczył tego co lubię, czyli (wybierz jedną z odpowiedzi):
a) muzyki
b) ćwiczeń na siłowni
c) jedzenia
Jeśli Twój wybór padł na C - to masz rację :)
Zainspirowana najnowszym zakupem pudełka lunchowego, podjarana jego funkcjonalnością i dizajnem postanowiłam podzielić się z Wami przepisami na pyszne sałatki, które z powodzeniem mogą zastąpić obiad.
Nie prowadzę ustabilizowanego trybu życia. Często wychodzę rano do pracy i wracam koło 22.00. Po pracy biegnę na próbę, potem kolejną próbę, albo na siłownię (jak mi się zechce i jak mnie Aga wyciągnie), albo na spotkanie. W ramach oszczędności postanowiłam, że jak najmniej będę jeść na mieście (poza tym mój okropny pociąg do niezdrowej żywności rujnuje mnie nie tylko finansowo, ale i poprzez zwiększanie objętości, czego nie lubię) i będę nosić jedzenie ze sobą.
Próbowałam tej metody już wcześniej, ale zniechęciłam się z powodu braku odpowiedniego sprzętu, w którym mogłabym to jedzenie przenosić. Zawsze był jakiś problem: a to za małe pudełko, a to niewymiarowe, a to nieszczelne i miałam upaćkaną torbę. Świat zmienił się w zeszłym tygodniu, kiedy to zwiedzając alejki kerfura trafiłam do działu, który uwielbiam i który zawsze opuszczam z wielkim smutkiem: garnki, patelnie, naczynia do przechowywania...
Na pięknej ekspozycji (brawo dla merchandisingu) moim oczom ukazał się stos pudełek do przechowywania i przenoszenia żywności. I w końcu znalazłam swoje UPRAGNIONE, PRAKTYCZNE, FUNKCJONALNE a do tego ŁADNE pudełko na lunch, czyli tzw. lunch box.
Do najtańszych nie należało, kosztowało 22,- zł. Ale warte jest swojej ceny.
Pudełko składa się z czterech części: największej komory, w którą możemy wrzucić np. dużo sałaty, z części którą nakładamy na tę komorę, a która jest przedzielona na dwie takie same trójkątne części, w które można włożyć pokrojone na części warzywa, owoce, kawałki pieczywa, do tego dołączony jest osobny pojemniczek na sos (zakręcany, dzięki czemu nic się nie wylewa), no i szczelna pokrywka zabezpieczona klipsami, by na pewno wszystko było szczelnie zamknięte. Do pudełka dołączone są także składane plastikowe sztućce.
Propozycja rozplanowania jedzenia.
Będzie dotyczył tego co lubię, czyli (wybierz jedną z odpowiedzi):
a) muzyki
b) ćwiczeń na siłowni
c) jedzenia
Jeśli Twój wybór padł na C - to masz rację :)
Zainspirowana najnowszym zakupem pudełka lunchowego, podjarana jego funkcjonalnością i dizajnem postanowiłam podzielić się z Wami przepisami na pyszne sałatki, które z powodzeniem mogą zastąpić obiad.
Nie prowadzę ustabilizowanego trybu życia. Często wychodzę rano do pracy i wracam koło 22.00. Po pracy biegnę na próbę, potem kolejną próbę, albo na siłownię (jak mi się zechce i jak mnie Aga wyciągnie), albo na spotkanie. W ramach oszczędności postanowiłam, że jak najmniej będę jeść na mieście (poza tym mój okropny pociąg do niezdrowej żywności rujnuje mnie nie tylko finansowo, ale i poprzez zwiększanie objętości, czego nie lubię) i będę nosić jedzenie ze sobą.
Próbowałam tej metody już wcześniej, ale zniechęciłam się z powodu braku odpowiedniego sprzętu, w którym mogłabym to jedzenie przenosić. Zawsze był jakiś problem: a to za małe pudełko, a to niewymiarowe, a to nieszczelne i miałam upaćkaną torbę. Świat zmienił się w zeszłym tygodniu, kiedy to zwiedzając alejki kerfura trafiłam do działu, który uwielbiam i który zawsze opuszczam z wielkim smutkiem: garnki, patelnie, naczynia do przechowywania...
Na pięknej ekspozycji (brawo dla merchandisingu) moim oczom ukazał się stos pudełek do przechowywania i przenoszenia żywności. I w końcu znalazłam swoje UPRAGNIONE, PRAKTYCZNE, FUNKCJONALNE a do tego ŁADNE pudełko na lunch, czyli tzw. lunch box.
Do najtańszych nie należało, kosztowało 22,- zł. Ale warte jest swojej ceny.
Pudełko składa się z czterech części: największej komory, w którą możemy wrzucić np. dużo sałaty, z części którą nakładamy na tę komorę, a która jest przedzielona na dwie takie same trójkątne części, w które można włożyć pokrojone na części warzywa, owoce, kawałki pieczywa, do tego dołączony jest osobny pojemniczek na sos (zakręcany, dzięki czemu nic się nie wylewa), no i szczelna pokrywka zabezpieczona klipsami, by na pewno wszystko było szczelnie zamknięte. Do pudełka dołączone są także składane plastikowe sztućce.
Propozycja rozplanowania jedzenia.
Dobry sprzęt do noszenia obiadu ze sobą do pracy to podstawa. No i świetny punkt wyjścia do podzielenia się z Wami przepisami na pyszne sałatki (i nie tylko).
Miłośnicy zieleniny i zdrowej żywności przygotujcie się na sporą dawkę zdrowia :)
5 marca 2014
114
To nie jest żadna symboliczna liczba, nie ma też okrągłej rocznicy, ani miesięcznicy. Dziś nie jest też jakiś szczególny dzień (no, chyba że ktoś tak traktuje Środę Popielcową...).
Dziś mija 114 dni od pierwszego wpisu na blogu. Blogu, który miał być pewnego rodzaju terapią, który miał pomóc mi uciekać od myśli negatywnych i pomóc skupiać się na małych dobrych wydarzeniach, które zdarzają się każdego dnia. I - przede wszystkim - nauczyć się za nie dziękować (o czym miała mi przypominać nazwa bloga).
Każdego dnia miałam wymieniać kilka rzeczy, za które jestem wdzięczna. Jakoś tak się to wszystko potoczyło, że odeszłam od tego założenia i zaczęłam pisać o wszystkim (albo o niczym - możesz wybrać). Czasem wpisy są abstrakcyjne, jak np. ten o Modern Talking (aczkolwiek, wciąż uparcie twierdzę, że ich teledyski z lat 80' są najlepsze na chandrę), albo mega poważne jak ten o empatii. Dzielę się tym co zjadłam i tym w jaki sposób można pomóc dzieciakom z Afryki.
114 dni to wystarczająco dużo czasu, aby nauczyć się postrzegać świat inaczej. Aby nauczyć się panować nad swoimi dołami, wylewaniem żalów, rozkminianiem jaki to świat jest zły a ja jestem najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. W moim życiu niby niewiele się zmieniło - dalej jestem singlem (i dalej mi to przeszkadza), wciąż nie udaje mi się wygrać w LOTTO, by z wygranej kupić sobie własne upragnione mieszkanie, zarobki w pracy też na tym samym poziomie... Jednak udało mi się zmienić jedno - rzeczywiście coraz lepiej wychodzi mi bycie wdzięczną za to co mam, lepiej wychodzi mi dzielenie się tym co mam, a jeśli nie mogę podzielić się niczym, co jest materialne, to staram się uśmiechać do ludzi, służyć swoimi talentami i w ten sposób pomagać. I mogę chyba powiedzieć, że dobrze mi z tym. I że jestem szczęśliwsza niż 114 dni temu.
I mimo że nie spełniam pierwotnych założeń, to blog uświadamia mi jak długą drogę przeszłam od momentu, kiedy byłam w totalnej czarnej d******e do dzisiejszego stanu. A fakt, że widzę progres, sprawia, że bardzo jestem ciekawa, co będzie dalej.
Ogromne uściski dla Was (och, jak ja bym chciała, byście się częściej odzywali w komentarzach) i duży uśmiech :)
Dziś mija 114 dni od pierwszego wpisu na blogu. Blogu, który miał być pewnego rodzaju terapią, który miał pomóc mi uciekać od myśli negatywnych i pomóc skupiać się na małych dobrych wydarzeniach, które zdarzają się każdego dnia. I - przede wszystkim - nauczyć się za nie dziękować (o czym miała mi przypominać nazwa bloga).
Każdego dnia miałam wymieniać kilka rzeczy, za które jestem wdzięczna. Jakoś tak się to wszystko potoczyło, że odeszłam od tego założenia i zaczęłam pisać o wszystkim (albo o niczym - możesz wybrać). Czasem wpisy są abstrakcyjne, jak np. ten o Modern Talking (aczkolwiek, wciąż uparcie twierdzę, że ich teledyski z lat 80' są najlepsze na chandrę), albo mega poważne jak ten o empatii. Dzielę się tym co zjadłam i tym w jaki sposób można pomóc dzieciakom z Afryki.
114 dni to wystarczająco dużo czasu, aby nauczyć się postrzegać świat inaczej. Aby nauczyć się panować nad swoimi dołami, wylewaniem żalów, rozkminianiem jaki to świat jest zły a ja jestem najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. W moim życiu niby niewiele się zmieniło - dalej jestem singlem (i dalej mi to przeszkadza), wciąż nie udaje mi się wygrać w LOTTO, by z wygranej kupić sobie własne upragnione mieszkanie, zarobki w pracy też na tym samym poziomie... Jednak udało mi się zmienić jedno - rzeczywiście coraz lepiej wychodzi mi bycie wdzięczną za to co mam, lepiej wychodzi mi dzielenie się tym co mam, a jeśli nie mogę podzielić się niczym, co jest materialne, to staram się uśmiechać do ludzi, służyć swoimi talentami i w ten sposób pomagać. I mogę chyba powiedzieć, że dobrze mi z tym. I że jestem szczęśliwsza niż 114 dni temu.
I mimo że nie spełniam pierwotnych założeń, to blog uświadamia mi jak długą drogę przeszłam od momentu, kiedy byłam w totalnej czarnej d******e do dzisiejszego stanu. A fakt, że widzę progres, sprawia, że bardzo jestem ciekawa, co będzie dalej.
Ogromne uściski dla Was (och, jak ja bym chciała, byście się częściej odzywali w komentarzach) i duży uśmiech :)
1 marca 2014
Zapraszam na obiad :)
Kiedy byłam dzieckiem nie wyobrażałam sobie życia bez kreskówek. Wychowałam się na klasykach tj. Tom i Jerry, kreskówki Hanny & Barbery i Warner Bros. Szczególnie w pamięć wryła mi się kreskówka o zabawnym marynarzu o imieniu Popeye, który żywił się tylko szpinakiem. Szpinak nadawał mu niezwykłej siły, dzięki której mógł zbić na kwaśne jabłko zbira, który ciągle dobierał się do dziewczyny marynarza - Olivii.
On ciągle jadł szpinak. W najmniej oczekiwanym momencie wyciągał z kieszeni puszkę tego zielska i pochłaniał ją w jednej chwili. No i właśnie ten szpinak mi najbardziej utkwił w pamięci. Muszę przyznać, że u mnie w domu nie jadło się szpinaku. Nie wiem czemu... Nie było czegoś takiego i już. Hm... może mama miała złe doświadczenia po karmieniu szpinakiem mojego starszego rodzeństwa? Nie wiem. Muszę ją spytać.
Ze szpinakiem zetknęłam się dopiero na studiach. Jako osoba żądna nowych wrażeń dla swoich kubków smakowych, kupiłam sobie pierogi ze szpinakiem na stołówce w szkole muzycznej. No i tak się zaczęła nasza znajomość.
Dziś chciałabym się podzielić z Wami moim weekendowym obiadem.
Co potrzebne? (wszystko robiłam na oko, proporcje składników można modyfikować w zależności od upodobań)
- makaron - taki jaki lubisz, polecam makaron z pszenicy durum
- szpinak - akurat ja użyłam mrożonego, rozdrobnionego, ale świeży jak najbardziej się też nadaje
- feta - pół kostki (tej tradycyjnej, którą możesz dostać w każdym sklepie)
- czosnek - 3 ząbki
- śmietana - 18% tak ze dwie łyżki
- suszone pomidory - tak z 6-7 plasterków
- 1-2 łyżki oliwy z oliwek
Jak zrobić?
1. Ugotuj makaron al dente.
2. Rozgrzej na patelni oliwę z oliwek, wrzuć na nią szpinak (jeśli używasz tak jak ja mrożonego, wyłóż go wcześniej - np. na noc - z lodówki do rozmrożenia i odciśnij z niego wodę). Blanszuj go przez 2-3 minuty. Dodaj przeciśnięty przez praskę czosnek, śmietanę, pokruszoną fetę. Wymieszaj. Następnie dodaj pokrojone na kawałki suszone pomidory. Wymieszaj. Po kilku minutach dodaj sól i pierz.
Uwaga! Pamiętaj, że feta jest słona, więc czasami nie potrzeba solić. Oczywiście wszystko zależy od upodobań podniebienia.
3. Sos powinien być aksamitny i gęsty.
4. Ugotowany al dente makaron odcedź, a następnie dodaj do sosu i dokładnie wymieszaj.
5. Wykładaj na talerz. I wcinaj :)
Smacznego :)
On ciągle jadł szpinak. W najmniej oczekiwanym momencie wyciągał z kieszeni puszkę tego zielska i pochłaniał ją w jednej chwili. No i właśnie ten szpinak mi najbardziej utkwił w pamięci. Muszę przyznać, że u mnie w domu nie jadło się szpinaku. Nie wiem czemu... Nie było czegoś takiego i już. Hm... może mama miała złe doświadczenia po karmieniu szpinakiem mojego starszego rodzeństwa? Nie wiem. Muszę ją spytać.
Ze szpinakiem zetknęłam się dopiero na studiach. Jako osoba żądna nowych wrażeń dla swoich kubków smakowych, kupiłam sobie pierogi ze szpinakiem na stołówce w szkole muzycznej. No i tak się zaczęła nasza znajomość.
Dziś chciałabym się podzielić z Wami moim weekendowym obiadem.
Makaron ze szpinakiem, fetą i suszonymi pomidorami
Co potrzebne? (wszystko robiłam na oko, proporcje składników można modyfikować w zależności od upodobań)
- makaron - taki jaki lubisz, polecam makaron z pszenicy durum
- szpinak - akurat ja użyłam mrożonego, rozdrobnionego, ale świeży jak najbardziej się też nadaje
- feta - pół kostki (tej tradycyjnej, którą możesz dostać w każdym sklepie)
- czosnek - 3 ząbki
- śmietana - 18% tak ze dwie łyżki
- suszone pomidory - tak z 6-7 plasterków
- 1-2 łyżki oliwy z oliwek
Jak zrobić?
1. Ugotuj makaron al dente.
2. Rozgrzej na patelni oliwę z oliwek, wrzuć na nią szpinak (jeśli używasz tak jak ja mrożonego, wyłóż go wcześniej - np. na noc - z lodówki do rozmrożenia i odciśnij z niego wodę). Blanszuj go przez 2-3 minuty. Dodaj przeciśnięty przez praskę czosnek, śmietanę, pokruszoną fetę. Wymieszaj. Następnie dodaj pokrojone na kawałki suszone pomidory. Wymieszaj. Po kilku minutach dodaj sól i pierz.
Uwaga! Pamiętaj, że feta jest słona, więc czasami nie potrzeba solić. Oczywiście wszystko zależy od upodobań podniebienia.
3. Sos powinien być aksamitny i gęsty.
4. Ugotowany al dente makaron odcedź, a następnie dodaj do sosu i dokładnie wymieszaj.
5. Wykładaj na talerz. I wcinaj :)
Smacznego :)
Share Week 2014
Share Week to inicjatywa, którą zaproponował Andrzej Tucholski - autor bloga jestKultura.
Pomysł Andrzeja polega na polecaniu sobie nawzajem ulubionych blogów, które chętnie odwiedzamy, czytamy, komentujemy. Moim zdaniem to świetny pomysł na poznanie nowych blogów i blogerów, a także na reklamę siebie ;)
Zasady można znaleźć TU.
Jako (wciąż moim zdaniem) początkująca blogerka, która nie udziela się na swoim blogu regularnie, ale od czasu do czasu rzuci okiem na to, co się dzieje u kolegów po fachu, chciałabym wskazać blogi, które czytam najczęściej.
Wittamina.pl - lifestylowy blog Arleny Witt, która urzeka mnie tekstami dotyczącymi problemów językowych Polaków, komentarzami o problemach życia codziennego no i zamieszcza kapitalne tweety, z których zawsze mam polewkę.
simplicite.pl - blog Kasi, mojej koleżanki z czasów liceum. Szczególnie polecam notki o dizajnie i wpisy piątkowo-sobotnie, które zawierają mnóstwo ciekawych linków. O podróżach (których jej trochę zazdroszczę) to już nie wspomnę.
jestKultura.pl - nie może zabraknąć bloga Andrzeja, pomysłodawcy tej inicjatywy. Andrzej to już stary wyjadacz. Świetnie odnajduje się w cyberprzestrzeni. Mnóstwo ciekawych tematów ze świata kultury (książka, film, muzyka), techniki i ogólnie pojętego lajfstajlu. Sporo można się tu nauczyć.
kwestiasmaku.com - jest to pierwszy blog, do którego sięgam w poszukiwaniu inspiracji kulinarnych. Jeszcze mi się nie zdarzyło, by jedzonko przygotowane wg przepisu z tego bloga było niesmaczne. Do tego piękne zdjęcia i dizajn potrwa. A blogerka jest bardzo otwarta i chętnie służy radą. Bardzo polecam.
kominek.es - tego Pana nie trzeba nikomu przedstawiać.
Ok, powiedzmy, że tyle wystarczy.
Pomysł Andrzeja polega na polecaniu sobie nawzajem ulubionych blogów, które chętnie odwiedzamy, czytamy, komentujemy. Moim zdaniem to świetny pomysł na poznanie nowych blogów i blogerów, a także na reklamę siebie ;)
Zasady można znaleźć TU.
Jako (wciąż moim zdaniem) początkująca blogerka, która nie udziela się na swoim blogu regularnie, ale od czasu do czasu rzuci okiem na to, co się dzieje u kolegów po fachu, chciałabym wskazać blogi, które czytam najczęściej.
Wittamina.pl - lifestylowy blog Arleny Witt, która urzeka mnie tekstami dotyczącymi problemów językowych Polaków, komentarzami o problemach życia codziennego no i zamieszcza kapitalne tweety, z których zawsze mam polewkę.
simplicite.pl - blog Kasi, mojej koleżanki z czasów liceum. Szczególnie polecam notki o dizajnie i wpisy piątkowo-sobotnie, które zawierają mnóstwo ciekawych linków. O podróżach (których jej trochę zazdroszczę) to już nie wspomnę.
jestKultura.pl - nie może zabraknąć bloga Andrzeja, pomysłodawcy tej inicjatywy. Andrzej to już stary wyjadacz. Świetnie odnajduje się w cyberprzestrzeni. Mnóstwo ciekawych tematów ze świata kultury (książka, film, muzyka), techniki i ogólnie pojętego lajfstajlu. Sporo można się tu nauczyć.
kwestiasmaku.com - jest to pierwszy blog, do którego sięgam w poszukiwaniu inspiracji kulinarnych. Jeszcze mi się nie zdarzyło, by jedzonko przygotowane wg przepisu z tego bloga było niesmaczne. Do tego piękne zdjęcia i dizajn potrwa. A blogerka jest bardzo otwarta i chętnie służy radą. Bardzo polecam.
kominek.es - tego Pana nie trzeba nikomu przedstawiać.
Ok, powiedzmy, że tyle wystarczy.
27 lutego 2014
pączek, pączusiek, pączunio :)
No to proszę się przyznać kto ile pączków dziś zjadł.
Za mną 3 pączki i mówię: STOP!
Jak zwykle dieta legła w gruzach... No cóż... trudno...
A jeśli ktoś nie chce, by mu szło w brzuch (mężczyźni) albo w biodra (kobiety), to zapraszam do zakupu pączka i wysłania go do Afryki. Na tej stronie można kupić e-pączka i wpłacić kilka złotych na odbudowę kilku wiosek w Republice Środkowoafrykańskiej, która w tym roku była napastowana, niszczona przez Selekę.
Więcej informacji można znaleźć tu Pączek dla Afryki.
Za mną 3 pączki i mówię: STOP!
Jak zwykle dieta legła w gruzach... No cóż... trudno...
A jeśli ktoś nie chce, by mu szło w brzuch (mężczyźni) albo w biodra (kobiety), to zapraszam do zakupu pączka i wysłania go do Afryki. Na tej stronie można kupić e-pączka i wpłacić kilka złotych na odbudowę kilku wiosek w Republice Środkowoafrykańskiej, która w tym roku była napastowana, niszczona przez Selekę.
Więcej informacji można znaleźć tu Pączek dla Afryki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






