Wspieram Kasisi :)

30 listopada 2013

Dlaczego czasem warto wydać pieniądze na coś niepotrzebnego?

W dzisiejszych czasach mamy potrzebę wydawania pieniędzy na to co praktyczne, na to co nam się przyda, na to, co nas w jakiś sposób rozwinie. Pragmatyzm przede wszystkim. No i może nie ma w tym niczego złego... Może... Ale... No właśnie.

Ponieważ zarabiam niewiele, zawsze liczę kasę i kalkuluję, czy opłaca mi się kupić jakąś rzecz. Bardzo często kończy się to tym, że odchodzę od stoiska w sklepie z niczym. Postanowiłam jednak, że warto to czasem zmienić. Warto sobie robić prezenty, być dla siebie dobrym, kupować od czasu do czasu jakieś drobiazgi, które poprawią nam humor, przypomną miło spędzony czas, są w pięknych kolorach, albo są na specjalne okazje.

Największy problem mam zawsze z książkami. Kalkuluję - kupić, nie kupić... Kupię, przeczytam jeden raz i zostawię... Kupię, przeczytam i odstawię na półkę. Kupię i... nie przeczytam. Kupię, bo akurat moda na tego pisarza... No i zazwyczaj - nie kupuję... Problem leży w jeszcze jednej kwestii - wynajmuję pokój, mam mało miejsca. To mnie ogranicza. Sporo książek leży w kartonie w pawlaczu, część wywiozłam do domu rodzinnego, te które na pewno mi się nie przydadzą, albo mi się nie spodobały rozdałam, albo oddałam do biblioteki. Jednak każda oddana, wywieziona książka to mimo wszystko ból. No tak już mam.
Dlatego marzy mi się, by mieć w swoim mieszkaniu/domu bibliotekę :) pomieszczenie do czytania książek, w którym będą ogromne regały, wygodna kanapa, lampa stojąca i ciepły miękki kocyk no i oczywiście stoliczek, by móc sobie na nim postawić kubek z herbatą/kawą/kakao/ albo kieliszek z winem bądź z drinkiem...

Mimo tych wątpliwości (to doprawdy istne katusze) ostatnio kupiłam sobie 4 książki. Jedną z nich było książkowe wydanie bloga Joanny Sałygi - Chustki. O tej książce pisałam TU. A poza tym kupiłam sobie przewodnik po Berlinie i dwa repetytoria do języka niemieckiego, co by sobie odświeżyć trochę dojcza, by móc normalnie poszprechać i się dogadać jak pojadę na mój Ausflug. No i dobra, powiesz, że wydać kasę na książki do niemieckiego i na przewodnik to już jest pragmatyzm... No może tak... Ale dla mnie wydać na ten pragmatyzm prawie 80,- zł za jednym razem było dość dużym wyczynem.

Zrobiłam sobie tymi książkami przyjemność :)

Największą słabość mam do akcesoriów kuchennych. Uwielbiam chodzić po sklepie i oglądać garnuszki, rondelki, naczynia żaroodporne, miseczki, salaterki, talerzyki, nożyki, widelce, pojemniki na żywność, formy do pieczenia, deski do krojenia, mleczniki, kubki itp. Ale tu się muszę powstrzymywać. Niestety, jak się mieszka w wynajmowanym pokoju, a w mieszkaniu są jeszcze inni lokatorzy, to wszyscy używają wszystko. Przez to straciłam już kilka talerzy i kubków, a dwa moje śliczne rondelki zostały spalone :(  Czasem jednak coś przemycam, kupuję i niestety chowam u siebie w pokoju, by mi współlokatorzy nie zniszczyli. Ech... Boże, ja chcę już mieć własną kuchnię... Proszę!!!!

Mam także fioła na punkcie przyborów papierniczych: długopisy, ołówki, zeszyty, notesy, notesiki, zakładki indeksujące... Masakra... Jak byłam mała codziennie wracając ze szkoły przechodziłam koło sklepu papierniczego i zazdrościłam paniom, które w nim pracowały.

Kolejna słabość: kalendarze - ale tu się już ograniczam.

Za to nie ograniczam się w żelach do kąpieli, które pachną jak jedzenie :) uwielbiam kąpać się w czymś o zapachu wanilii, czekolady, truskawek, ciasteczek :) mniam :)

Osobnym tematem są książki kucharskie, bo uwielbiam gotować (i ja się dziwię, że nie udaje mi się schudnąć)... Aż nawet nie będę go rozwijać... 

Nie zawsze należy liczyć każdy grosz i żydować na przyjemnościach. Bo przecież nasz komfort psychiczny, dobre samopoczucie, sprawianie sobie przyjemności jest także ważne.
Dlatego bądź dla siebie dobry. Podaruj sobie prezent. Od Ciebie dla Siebie.

Ps. Dokupiłam pachnącą świeczkę, by mi się milo przy niej pisało do was posty i czytało książki... Ech... no czasem nic na to nie poradzę...

28 listopada 2013

powrót do wdzięczności :)

No tak.. jak mi wytykają niektórzy - odeszłam od głównych założeń bloga i przestałam pisać, za co jestem wdzięczna każdego dnia. Wiem, wiem... Ale to wszystko przez to podniecenie i oczekiwanie na koncert i czy zdam test mojej skuteczności w nowej roli, jaką było dyrygowanie zespołem. 

Cały poprzedni tydzień to była jedna wielka wdzięczność :) Za co?

1. za to, że nie siedziałam w domu przyrośnięta do komputera i wgapiająca się w fejsa, tracąc na tym mnóstwo czasu;
2. za to, że poznałam nowych ludzi; 
3. za to, że mogłam się z nimi dzielić moją pasją;
4. za to, że czułam, że to co im daję od siebie jest dobre; przyznam się, że trochę szpiegowałam na fejsie moich chórzystów i odkryłam, że oni po zakończeniu próby, jeszcze ją przeżywają, żyją tekstami, moimi abstrakcyjnymi żartami :) oni się autentycznie cieszyli z tego, że poznają technikę śpiewu, że są wybrańcami, którzy robią coś fajnego :)
5. za to, że moja służba, była moją modlitwą...

Od zeszłego tygodnia banan nie schodzi mi z twarzy. Mam dużo siły na pokonywanie przeciwności dnia codziennego. Więcej się uśmiecham. I mam gdzieś jakieś takie głębokie przeczucie, że się u mnie wszystko ułoży... Że jeszcze znajdę swojego mężczyznę, założę rodzinę, będę mieć swoje mieszkanie. Jeszcze będzie pięknie :)

No i właśnie za to DZIĘKUJĘ!


25 listopada 2013

koncert

Poprzedni tydzień upłynął pod znakiem przygotowań do koncertu. Pisałam już wcześniej o tym trochę tu i tu więc nie chcę się powtarzać.

Dziś chciałabym Wam napisać o tym, co się działo wczoraj na koncercie... I obiecuję koniec już tego tematu (do czasu następnego koncertu... hihihi)
Koncert nie był takim sobie zwykłym koncertem. To było coś więcej. Koncert-uwielbienie z okazji wczorajszego święta - Chrystusa Króla i zakończenia Roku Wiary. Oprócz naszych piosenek było też Słowo. Komentarze dotyczące roli wiary w życiu każdego człowieka. Opowiadali księża, ale i nie tylko - również osoby świeckie mówiły o roli Boga w swoim życiu. Jedną z osób dających świadectwo była Kamila. Ot, zwyczajna dziewczyna, 18 lat. Opowiadała o tym, jak to w swoim życiu nie zaznała miłości. Szczególnie od rodziców, którzy wciąż poświęcali się pracy i temu, by w ich domu nie brakowało pieniędzy. No i rzeczywiście tych nie brakowało. Kamila miała wszystko o czym tylko marzyła: markowe ciuchy, drogie gadżety, wycieczki zagraniczne kilka razy w roku. Niczego nie brakowało, oprócz miłości, oprócz czasu rodziców dla dziecka. Kamila zaczęła więc szukać sobie tej "miłości" gdzie indziej. Oczywiście wpadła w złe towarzystwo, no i zaczęło się - imprezy, melanże, alkohol, chłopcy, używki... Którejś jesieni spodobał się jej chłopak, który był ministrantem. Z tego powodu zaczęła codziennie chodzić na roraty, by tylko go spotkać. Coraz bardziej podobało jej się w kościele. Coraz bardziej ciągnęło ją do... ludzi których tam poznała. Jeszcze wciąż nie do Boga... To przyszło później... Nie będę opisywać całego świadectwa. Może ktoś z Was spotka kiedyś Kamilę i będzie miał okazję sam usłyszeć.

Na koncercie działy się dla mnie rzeczy niestworzone i takie na które ja sama bym się nie odważyła. Ludzie śpiewali, tańczyli w ławkach, potem wychodzili z tych ławek, unosili ręce do góry, kręcili się w kółko, tańczyli to, co pokazywały dziewczyny wyznaczone do tańczenia... Ponieważ moja rola polegała na dyrygowaniu, więc byłam przez przeważającą część koncertu tyłem do publiczności. Co jakiś czas odwracałam się jednak i wciąż nie mogłam uwierzyć, że kościół jest wciąż pełen ludzi mimo późnej pory. Koncert trwał dwie godziny! A ich prawie wcale nie ubywało!!!!
Tak jak piszę - dla mnie to dziwne okazywanie swojej wiary. Może nawet trochę sekciarskie... To nie mój sposób... Ja aż tak otwarta nie jestem... Ale bardzo się cieszyłam, że do nich trafiało to, co próbowaliśmy im przekazać naszą muzyką. 

Ludzie byli bardzo otwarci na nasz śpiew. Brawom nie było końca. I pewnie moglibyśmy dalej śpiewać i tańczyć przez kolejne dwie godziny... No, kiedyś jednak trzeba było skończyć.

Po koncercie do mnie, do organizatorów, do solistów i grających podchodziło dużo osób z gratulacjami i podziękowaniami. Jednej z tych osób nie zapomnę chyba do końca życia... Podeszła do mnie młoda dziewczyna. Na oko może coś koło 28-32 lat. Poprosiła mnie na stronę i powiedziała: Dziękuję ci za ten koncert. Miałam dziś popełnić samobójstwo. Chciałam ze sobą skończyć. Przyszłam do kościoła. Nie wiedziałam, że dziś jest to święto. Nie myślałam, że zostanę na koncercie, ale coś mi kazało zostać. Dziękuję, bo to co tu usłyszałam uratowało mi życie. Wasz śpiew, świadectwo Kamili... Czy mogę do was przyjść pośpiewać?
Wmurowało mnie. Czułam jak się we mnie wszystko przewraca i wykręca na drugą stronę. Uściskałam ją. A ona miała łzy w oczach. Powiedziałam, że oczywiście, że może przyjść i że cieszę się, że została, że zmieniła zdanie co do swoich planów i by pamiętała, że nie jest sama.

Pół nocy nie spałam, bo tyle miałam w sobie emocji po koncercie, po tej rozmowie... To też niesamowite uczucie jak człowiek sobie uświadomi, że obok niego dzieją się wielkie rzeczy :)

Jestem bardzo dumna z moich (mogę chyba ich tak nazwać) chórzystów i instrumentalistów. Każdy włożył dużo serca w przygotowanie koncertu. Musieli znosić moje krzyki, uwagi, milionowe powtarzanie poszczególnych utworów, długie próby do późnych godzin wieczornych... Myślę (mam nadzieję), że każdy z nich po wczorajszym wieczorze ma takie odczucia jak ja. Warto było!

23 listopada 2013

oczekiwanie...

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... 
Hehe, to nie św. Mikołaj i transport Coca-Coli się zbliżają, ale mój debiut w roli kierownika i dyrygenta zespołu. Już jutro o 19.00 wielka chwila. Nie powiem, mam trochę tremę... No bo nie tak miało być. Miałam poprowadzić tylko warsztaty dla chóru i trochę z nimi pośpiewać piosenek, które oni będą jutro śpiewać na mszy i na koncercie. Wyszło tak, że będę jutro w centrum całego zamieszania. 

Kciuki trzymajta! Będzie dobrze :D

A tu mała zajawka tego, co będzie można jutro usłyszeć:

Zbudowani na Chrystusie


Nadejdzie dzień :)

i chociaż nie brzmi to tak idealnie jak w podanych wyżej linkach, to wszyscy się bardzo starają i wczuwają. I to jest nagrodą za niedoskonałości techniczne.

Jest moc! I jutro też będzie :)

21 listopada 2013

o śpiewaniu, o otwieraniu (się), o pasji

Jestem na chwilkę... Szrajbnę posta i już biegnę pędem na próbę!

W sobotę prowadziłam warsztaty dla nowo powstającej scholi/zespołu przy parafii, na terenie której aktualnie mieszkam. Tak się składa, że inicjatorką powstania zespołu jest moja koleżanka ze szkoły muzycznej. Kasia poprosiła mnie, bym poprowadziła warsztaty wokalne dla chórzystów-amatorów. Zgodziłam się. 
Przyszło ze dwadzieścia kilka osób. Trochę się bałam, jak mówić o prawidłowym wydobywaniu dźwięku do ludzi, którzy z muzyką mają niewiele wspólnego... No ale jakoś się udało... Myślę, że się dobrze bawili na warsztatach i chociaż kilka rzeczy z nich wynieśli... Podstawa to uśmiech: bo jak się śpiewa i uśmiecha to: po pierwsze się nie fałszuje, po drugie dźwięk jest bardziej sympatyczny, po trzecie barwa dźwięku jest jasna, po czwarte - ładnie się wygląda. 

W niedzielę ich wielki dzień. Wielu z nich zapewne musiało przełamać wewnętrzne bariery, by zdecydować się na wejście w grupę obcych ludzi i wspólne śpiewanie. To widać, że się jeszcze wstydzą, że są trochę jak ciche myszki... Ale pracujemy nad tym. I mam nadzieję, że w niedzielę pokażą, że jest w nich przede wszystkim wielka pasja, choć może nie wszystko im zawsze wychodzi.

A ja już mam wielkiego banana na pół twarzy, jak widzę jak się z próby na próbę otwierają, kombinują z dodawaniem nowych głosów, coraz odważniej podrygują w takt muzyki i autentycznie się tym bawią. 

No, rzekłam. To lecę na próbę...

18 listopada 2013

vivace

Vivace... tak, ostatnio żyję w tempie vivace*

Dużo się dzieje i w wielu miejscach na raz powinnam być. Bilokacji nie opanowałam, więc próbuję ile mam tylko sił, by nie zawalić niczego. 
Dzieje się dużo. W każdy weekend mam koncert. A co za tym idzie - dodatkowe próby w tygodniu. Do tego przygotowaniu kilkudziesięciu osób do ich pierwszego koncertu w życiu (to ma być wynik warsztatów, które prowadziłam w sobotę). Do tego projekty w pracy, które zawsze są na wczoraj - kompletnie tego nie rozumiem... zawsze, no zawsze tak jest. Nie wspomnę o regularnym chodzeniu na basen... Oj, ciężko będzie w tym tygodniu znaleźć czas na chlapanko. 

Dziś jednak organizm powiedział STOP! Zaczyna się przeziębienie jakieś, na które nie mam czasu (bo mi się w tempo życia nie wpisuje), więc zaaplikowałam tabletę i poszłam spać (3 godziny błogiego snu w dzień, mniam mniam... spokój w domu, nie ma współlokatorów walących garami w kuchni, albo brzdąkających na pianinie). No ale teraz (bo przecież jestem tu ino na chwilę) wracam do pracy. Im szybciej skończę, tym lepiej dla mnie i może jeszcze się godzina na basen znajdzie :)


*vivace - tempo muzyczne oznaczające 'żywo, szybko'

PS. Znacie jakieś domowe sprawdzone sposoby na zahamowanie przeziębienia?

16 listopada 2013

subiektywnie o "Chustce"



Po raz pierwszy usłyszałam o Joannie, kiedy na głównej stronie Onetu pojawiła się wiadomość, że zmarła. Przeczytałam dedykowany jej artykuł, poczytałam kilka postów na forum, kilkoro moich znajomych na fejsie też ją wspominało. Pomyślałam wtedy o tym, że życie jest cholernie niesprawiedliwe, pewnie zmówiłam Requiem aeternam no i tyle.



Minął rok... Ja zdesperowana. Bo nikt nie kocha, bo mój Eks wybrał inną, bo jak tak mógł, bo przecież ja byłam dla niego najlepsza, bo praca mało płatna, bo współlokatorzy mnie wkurzają, bo nie mogę wygrać w lotto by w końcu się przenieść do własnego Upragnionego Mieszkania, bo za mało zarabiam, bo innym się układa a mi nie, bo… bo… bo…



No i w którymś momencie zaczęłam trafiać na artykuły o psychologii pozytywnej. W jednym z nich (link do tego artykułu znajduje się w pierwszym poście na blogu) znów zetknęłam się z Joanną. A dzień później trafiłam w hipermarkecie na książkę Chustka. Nie zastanawiałam się  Kupiłam. I chłonęłam każdą stronę przez kolejne 3 dni.



Bo Chustka to nie jest zwykła książka. To książkowe wydanie bloga Joanny. A blog miał być przede wszystkim albumem wspomnień dla jej Synka, aby Mamy nie zapomniał, kiedy już jej nie będzie, a on wyrośnie na dorosłego faceta.

To nie jest zwykła książka, to lekcja życia i tego co jest w życiu najważniejsze. To nauka jak z każdej nawet najgorszej, najtrudniejszej i beznadziejnej sytuacji wyprowadzać coś pozytywnego. To historia umierania, łapania najcenniejszych drobnych chwil, cieszenia się z każdej minuty spędzonej z najbliższymi. Specyficzny sposób pisania (ale za to szczery do bólu, którego do ostatnich dni życia Joannie nie brakowało), w którym mnóstwo abstrakcyjnego poczucia humoru, autoironii, jak również wzruszeń wciąga bez reszty.



Ta książka może być podręcznikiem życia dla wszystkich, nie tylko dla tych, którzy się zmagają z nieuleczalnymi chorobami. W codziennym pędzie po pieniądze/pracę/mieszkanie/miłość/pozycję zawodową itp. zapominamy o tym, by się zatrzymać, pocieszyć obecnością bliskich, cieszyć się ze spacerów po lesie i zbierania grzybów, z przygotowywania rodzinnych obiadów i zakupów w centrum handlowym.



Ta książka to też wcielenie założeń psychologii pozytywnej w życie. Warto się z książką, jak i z blogiem, zapoznać. I odkryć, że tytułowa „Chustka” jest potrzebna właśnie po to, by uczyć się zmiany perspektywy w jakiej patrzymy na siebie i swoje życie.   

Chustka - Joanna Sałyga Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Znak. 

zdjęcie pochodzi stąd: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3683,Chustka

15 listopada 2013

sing! sing! sing!

Naładowana mnóstwem energii  :) 

Przed chwilą wróciłam z próby zespołu. A jutro prowadzę warsztaty chóralne i mam dużo pomysłów na rozruszanie tych niemrawych (jeszcze) ludzików. Bardzo chciałabym by poczuli jak wiele radości daje śpiew, wydobywanie z siebie niesamowitych dźwięków i zabawa rytmem. Bardzo chcę im przekazać, jak ważne jest śpiewanie z emocją - jakąkolwiek. Niech to będzie nawet złość. Ale śpiew z emocją różni się od takiego po prostu śpiewania, mruczenia dźwięków itp. Mam nadzieję, że się będą świetnie bawić przy tym i że wykrzeszę z nich więcej dźwięku niż im się wydaje, że mogą z siebie wydobyć. 

Aaaa... bo Ty - Drogi Czytelniku - nie wiesz (no bo i skąd masz wiedzieć), że ja jestem mega zakręcona muzycznie. 15 lat śpiewania w znakomitych chórach pod świetnymi dyrygentami robi swoje. Myślę, że akurat na śpiewie to ja się znam. Emisję miałam na wysokim poziomie. Zresztą zdobywałam z chórami pierwsze miejsca na konkursach chóralnych w Polsce i na świecie. 

Muzyka to mój konik :)

I cieszę się, że właśnie takim talentem obdarzył mnie Najwyższy.

14 listopada 2013

obiad

Dziś krótko.
Dzień upłynął pod znakiem pracy i spotkania z AWu.
AWu to moja przyjaciółka, taka najlepsza tu w wielkim stołecznym mieście. Znamy się ze studiów i tak już ta nasza przyjaźń trwa prawie 10 lat. AWu jest w ciąży, w kwietniu zostanie mamą.

Bardzo dziękuję AWu za obiad :) już bardzo dawno nikt mi nie zrobił obiadu. To sympatyczne, być podejmowanym jako gość i miła odskocznia od dnia codziennego, kiedy to sama sobie jestem kucharzem.


13 listopada 2013

o co kaman?

Mimo że dostałam trochę od życia w tyłek, to przyznać muszę, że jednak z dnia na dzień jakoś mi lepiej. 
Staram się każdego dnia zauważać coś dobrego, a wcale nie jest mi łatwo, bo jestem pesymistką.
Ale stwierdziłam: siedziałaś ponad pół roku w Czarnej Dupie - czas się wydostać. 

Bo przecież ja fajna jestem :) ponoć jestem duszą towarzystwa (choć mi się zawsze wydawało, że jestem nieśmiała), jestem dowcipna, wesoła i dobrze się ze mną spędza czas. Jestem wrażliwa, opiekuńcza i troskliwa i nie zostawiam przyjaciół w potrzebie. Mam wielkie pokłady empatii i potrafię słuchać. 


No więc CO JEST NIE TAK???????

Wciąż mi czegoś brakuje: a to w pracy za mało zarabiam, a to ważę 10 kg za dużo, a to sama samotna singielka, a to bezdomna, bo za marne zarobki w buczetufce nie da się przecież kupić mieszkania, ba! nawet wynająć kawalerki... No i tak mogłabym tylko wyliczać i wyliczać te BRAKI. A życie ucieka... A ja gorzknieję... A ja - ta dusza towarzystwa - się zapadam... A ja nie potrafię cieszyć się niczym... itepe, itede.

STOP! Tak dalej nie będzie.
NIE CHCĘ TAK!

Mam dość siebie takiej jęczącej, zgorzkniałej. Wydarzenia ostatnich tygodni pomogły mi podjąć pewne decyzje, by próbować zmienić swoje nastawienie do życia. Bo przecież o wiele fajniej być osobą pogodną i miłą, niż zgorzkniałą marudą. 

Blog, jak już wcześniej podkreślałam, ma być narzędziem, które mi (mam nadzieję) pomoże. 

Znajdź, dostrzeż 5 rzeczy każdego dnia, za które podziękuj. 
Uśmiechaj się do ludzi.
Tęp, unicestwiaj w sobie negatywne myśli.
Dostrzegaj piękno świata, który Cię otacza, uśmiech obcych ludzi, wymieniony w przejściu na Dworcu Centralnym.

Oczywiście nie chodzi o to, by się cieszyć ze wszystkiego i śmiać jak głupi do sera. Chodzi po prostu o to, by próbować z negatywnej rzeczy wyprowadzać coś pozytywnego. Ot i tyle. Proste, nie? No to do roboty :)

Cóż się dziś pozytywnego wydarzyło?
1. danie z vitalii nie okazało się tak okropne na jakie brzmiało; kurczak z banami raz!

2. kupiłam sobie genialny słoik na mój przyszły cukier WANILIOWY :) piękny jest :) ma przezroczyste wieczko i śliczną niebieską obwódkę
3. udało mi się nie wyjść z siebie podczas stresującej sytuacji w pracy
4. póki co - trzymam się zaleceń diety, może w tym tygodniu waga w końcu trochę poleci w dół? 
 Wystarczy!

Do jutra!

Wdzięczność

Naukowcy twierdzą, że ludzie, którzy potrafią dziękować, są szczęśliwsi. Przeprowadzono eksperyment, który polegał na tym, że jedna grupa osób przez miesiąc codziennie w zeszycie notowała 5 rzeczy, za które tego dnia są wdzięczni, natomiast druga musiała wskazać 5 porażek, które wydarzyły się w ciągu dnia. Poziom szczęścia wśród osób w pierwszej grupie wzrósł o 25%. (swoją drogą - czy szczęście można mierzyć procentami? pewnie niektórzy jak sobie dodadzą procentów, to są szczęśliwsi...)

No cóż... Sprawdźmy więc empirycznie, czy to jakiś blef, czy może za miesiąc będę szczęśliwsza niż jestem dzisiaj ;) a wiedzieć musicie, że jestem pesymistką... Do tego bezdomną, bo wciąż bez swojego kąta. Do tego singielką (brrrrrrr nienawidzę tego słowa, a jeszcze bardziej stanu).

Ale mam w końcu potrzebę zmian. W KOŃCU! I zamierzam spróbować. Jak się nie uda. To kij w oko tym naukowcom. Ale jeśli za miesiąc okaże się, że jestem spokojniejsza, bardziej pogodzona ze swoim losem, częściej się uśmiecham, łatwiej sobie radzę z porażkami, to będę chyba... szczęśliwa.

Dziś dziękuję za to,
  1. że Pan Bóg stworzył kogoś kto wymyślił LIDLA i tę cudowną promocję wanilia za 4,44 :D dzięki temu wyprodukuję swój domowy cukier WANILIOWY (zauważyliście że w sklepach sprzedawany jest waniLInowy? jakaś chemiczna podróba :P ) i użyję go do wypieków, naleśników i tym podobnych kalorycznych bomb. 
  2. dziękuję za warszawskie metro :) 
  3. dziękuję za rozmowę z moim eksem - w końcu pogadaliśmy jak ludzie, no ale i tak wciąż jestem do jego obecnej dziewczyny uprzedzona, choć wiem, że dobrze trafił, jest pod dobrą opieką... 
  4. dziękuję za zimno - niech wyziębia zarazę z powietrza
Życzę wszystkim dobrej nocy / miłego dnia :)
Coco

11 listopada 2013

na dobry początek

Ten blog to coś w stylu odrabiania pracy domowej. A jej głównym zadaniem jest: nauczyć się szczęścia. Bo podobno można się tego nauczyć. Podstawy ćwiczeń to podstawy psychologii pozytywnej, a jednym z jej głównych założeń, jest wyrażanie wdzięczności za to, co miłego spotkało nas każdego dnia. Nie chodzi o to, aby wpadać też ze skrajności w skrajność, ale aby starać się widzieć plusy nawet tam gdzie ich nie ma, umieć wyprowadzać dobro nawet z przykrych doświadczeń. 
Postaram się więc codziennie pisać za co jestem wdzięczna i dlaczego. Może to czasem będą gupoty, może czasem będzie to zbyt górnolotne... Kto wie... Odrobić pracę domową muszę, bo nie chcę być zgorzkniałą babą. 

Dla zainteresowanych podsyłam linka: 

http://kobieta.onet.pl/zdrowie/psychologia/szczescia-mozna-sie-nauczyc-oto-najlepsza-metoda/0wpwf